INNE POCZTÓWKI
KATARZYNA
BARBARA
LOBOS



POCZTÓWKA Z   MACKAY, IDAHO
Pamiętam mój przyjazd do Mackay. Było to nad ranem. Oprócz lamp sodowych, które oświetlały parking, na którym zatrzymał się wiozący nas autobus, niewiele więcej było widać. Zaprowadzono nas do niepozornego, parterowego budynku koło szkoły, zaproszono do ulokowania się w pokojach. Pokoiki były skromne, większość z materacami do spania i bez zasłon w oknach. W budynku były też dwie kuchnie. W jednej z lodówek znaleźliśmy talerze pełne ciemnobrązowych, prawie czarnych ciastek przełożonych białym kremem. Spróbowałam jedno. Niby kakao, ale jakieś dziwne. Taki był wstęp do mojej zażyłości z ciastkami Oreo.

Gdy się rozwidniło, mieliśmy okazję rozejrzeć się wokół. Szkoła podstawowa i średnia, trochę parterowych domków otoczonych trawnikami, żadnych płotów i furtek. A trochę dalej... zapierający dech w piersiach widok gór. Wznosiły się one nad płaską doliną, w której leżało miasteczko. Wschodzące słońce oświetliło zbocza, zalało je pomarańczowym blaskiem. Nagie szczyty zdawały się płonąć ponad doliną, o tej godzinie jeszcze w cieniu.

Mackay przeczyło wszelkim stereotypom plakatowej, kolorowej, wielkomiejskiej Ameryki. W mieście nie było gangów ani szerokich ulic; trudno o gang w miejscowości z pięcset trzydziestoma mieszkańcami. Kobiety były przeważnie przy kości, a część z tych przy kości była po prostu koszmarnie gruba. Wszystkiego było tam po trzy: trzy kościoły (mormoński, katolicki i protestancki), trzy stacje benzynowe, trzy knajpy, trzy sklepy (spożywczy, z ciuchami i ze wszystkim po trochu), po jednym klubie sportowym z siłownią, restauracyjce serwującej pizzę i kanapki, agencji ubezpieczeniowej, cmentarzu, polu golfowym, domu opieki społecznej i oddziale banku West One.

Ludzie tutaj byli też interesujący. Stróż prawa, malutki szeryf John, z zamaszystym wąsem, sporych rozmiarów kapeluszem, sześcioramienną gwiazdą na koszuli, pasem z dwoma coltami i w kowbojkach, wydawał się żywcem wyjęty z jakiegoś westernu. Równy mu wzrostem barman Bruce, były mistrz rodeo w jeździe na jakimś tam zwierzaku, o czym świadczyła klamra wielkości spodka zdobiąca jego pas, potrafił przyrządzać większość drinków świata i bił wszystkich w grze w bilarda. Miasteczko miało też swój kontyngent meksykański w osobach imponującego Juventina - metr osiemdziesiąt trzy wzrostu i jakieś sto kilo wagi - i bardziej typowego, czyli niskiego i chudego Jose.

To było sześć lat temu. Jak jest teraz, nie wiem, ale chyba nic się nie zmieniło. Takie miejscowości trwają w swoim dziwnym stanie przez dekady.

W Mackay nie gra się Dzikiego Zachodu. Bycie kowbojem to dla wielu tutejszych mężczyzn zawód. Życie toczy się leniwie, bo i dokąd się spieszyć? Jedynie ci, którzy pracują w Idaho Falls, Pocatello czy Idaho National Engineering Laboratory na pustyni wstają o piątej rano, pospiesznie dopijają filiżankę kawy, wsiadają do samochodu i spędzają w nim dwie godziny, zanim dotrą do pracy. Z Mackay wszędzie jest bowiem daleko. Najbliższe miasto - Idaho Falls - znajduje się w odległości osiemdziesięciu dziewięciu mil, czyli około stu sześćdziesięciu kilometrów. Wyjazd na zakupy to całodniowe przedsięwzięcie podejmowane przez całą rodzinę, albo przynajmniej przez mamę z dziećmi. Jedzie się z reguły do Pocatello (dystans - bagatela - sto dziesięć mil), gdzie znajduje się ogromne centrum handlowe. Wydaje się kilkaset, a czasem kilka tysięcy dolarów, bo trzeba kupić ciuchy, buty i parafenalia na następne pół roku.

Czasem ,przejeżdżając główną ulicą, czyli drogą nr.93, można się natknąć na stado bydła, przepędzane akurat z jednego zakątka doliny w drugi. Setki krów, byków i cieląt powoli przechodzą przez jezdnię, poganiane przez kilku mężczyzn na koniach. W takich momentach nie ma rady: zatrzymuje się samochód i czeka kilka minut, aż stado przejdzie.

Mackay ma zadziwiający klimat. Charakteryzuje się on niezwykle niską wilgotnością powietrza i sporymi wahaniami temperatury w ciągu roku. Za niską wilgotność odpowiedzialne są góry, które skutecznie blokują napływ wilgoci znad Pacyfiku. Za skoki temperatury - wysokość, na której miasteczko leży:1750 metrów nad poziomem morza, czyli na wysokości naszego Kasprowego. Tuż przed Bożym Narodzeniem pewnego roku, gdy tam mieszkałam, temperatura spadła do -60 stopni Farenheita, czyli jakieś -50 stopni Celsjusza. Co ciekawe, niezbyt się to czuło, gdyż powietrze było bardzo suche. Latem zdarzają się dni, gdy słupek rtęci podskakuje do czterdziestu stopni w cieniu. Jest wtedy ciepło, ale z nikogo pot się nie leje. Czego się zresztą spodziewać w klimacie, w którym deszcz pada dwa lub trzy razy w roku?

Dla miłośników górskich wędrówek okolice Mackay oferują dziewicze tereny. Turystów jest tam bowiem bardzo mało, i dobrze. Z tym wiąże się jednak pewien problem: nie ma niczego na kształt górskiej służby ratowniczej. Gdy sama szłam w góry, musiałam powiedzieć dokładnie, gdzie idę i kiedy spodziewam się wrócić, a po powrocie zameldować się w jednym z barów. Jeżeli nie wróciłabym do wieczora, szeryf John zwołałby parę osób i następnego ranka wyruszyłby na poszukiwania tam, gdzie miałam się wybrać. Jeżeli zmieniłabym zdanie w trakcie wspinaczki i wybrała inną drogę, dużo czasu upłynęłoby, zanim ktoś by mnie znalazł...

Od mojej ostatniej wizyty w Mackay upłynęły cztery lata. Ostatnim razem, schodząc kamienistym zboczem, straciłam równowagę i sturlałam się w dół. Na szczęście do dołu dolinki nie było więcej, niż dziesięć metrów. Skręciłam nogę w kostce, ale nic nie złamałam. Do Mackay miałam jeszcze cztery mile drogi, ale, na szczęście, z górki. Gdy tylko będę mogła, znowu się wybiorę. Tym razem z lepszymi butami i telefonem komórkowym, aby szeryf John wiedział, gdzie mnie szukać.
1-01-1997

Katarzyna Barbara Lobos