Pamietam moj przyjazd do Mackay. Bylo to nad ranem. Oprocz lamp sodowych,
ktore oswietlaly parking, na ktorym zatrzymal sie wiozacy nas autobus,
niewiele wiecej bylo widac. Zaprowadzono nas do niepozornego, parterowego
budynku kolo szkoly, zaproszono do ulokowania sie w pokojach. Pokoiki byly
skromne, wiekszosc z materacami do spania i bez zaslon w oknach. W budynku
byly tez dwie kuchnie. W jednej z lodowek znalezlismy talerze pelne
ciemnobrazowych, prawie czarnych ciastek przelozonych bialym kremem.
Sprobowalam jedno. Niby kakao, ale jakies dziwne. Taki byl wstep do mojej
zazylosci z ciastkami Oreo.
Gdy sie rozwidnilo, mielismy okazje rozejrzec sie wokol. Szkola podstawowa
i srednia, troche parterowych domkow otoczonych trawnikami, zadnych plotow
i furtek. A troche dalej... zapierajacy dech w piersiach widok gor.
Wznosily sie one ponad plaska dolina, w ktorej lezalo miasteczko.
Wschodzace slonce oswietlilo zbocza, zalalo je pomaranczowym blaskiem.
Nagie szczyty zdawaly sie plonac ponad dolina, o tej godzinie jeszcze w
cieniu.
Mackay przeczylo wszelkim stereotypom plakatowej, kolorowej,
wielkomiejskiej Ameryki. W miescie nie bylo gangow ani szerokich ulic;
trudno o gang w miejscowosci z piecset trzydziestoma mieszkancami. Kobiety
byly przewaznie przy kosci, a czesc z tych przy kosci byla po prostu
koszmarnie gruba. Wszystkiego bylo tam po trzy: trzy koscioly (mormonski,
katolicki i protestancki), trzy stacje benzynowe, trzy knajpy, trzy sklepy
(spozywczy, z ciuchami, i ze wszystkim po trochu), po jednym klubie
sportowym z silownia, restauracyjce serwujacej pizze i kanapki, agencji
ubezpieczeniowej,cmentarzu, polu golfowym, domu opieki spolecznej i
odddziale banku West One.
Ludzie tutaj byli tez interesujacy. Stroz prawa, malutki szeryf John, z
zamaszystym wasem, sporych rozmiarow kapeluszem, szescioramienna gwiazda na
koszuli, pasem z dwoma koltami i w kowbojkach, wydawal sie zywcem wyjety z
jakiegos westernu. Rowny mu wzrostem barman Bruce, byly mistrz rodeo w
jezdzie na jakims tam zwierzaku, o czym swiadczyla klamra wielkosci spodka
zdobiaca jego pas, potrafil przyrzadzac wiekszosc drinkow swiata i bil
wszystkich w grze w bilarda. Miasteczko mialo tez swoj kontyngent
meksykanski w osobach imponujacego Juventina -- metr osiemdziesiat trzy
wzrostu i jakies sto kilo wagi -- i bardziej typowego, czyli niskiego i
chudego Jose.
To bylo szesc lat temu. Jak jest teraz, nie wiem, ale chyba nic sie nie
zmienilo. Takie miejscowosci trwaja w swoim dziwnym stanie przez dekady.
W Mackay nie gra sie Dzikiego Zachodu. Bycie kowbojem to dla wielu
tutejszych mezczyzn zawod. Zycie toczy sie leniwie, bo i dokad sie
spieszyc? Jedynie ci, ktorzy pracuja w Idaho Falls, Pocatello, czy Idaho
National Engineering Laboratory na pustyni, wstaja o piatej rano,
pospiesznie dopijaja filizanke kawy, wsiadaja do samochodu i spedzaja w nim
dwie godziny, zanim dotra do pracy. Z Mackay wszedzie jest bowiem daleko.
Najblizsze miasto - Idaho Falls - znajduje sie w odleglosci osiemdziesieciu
dziewieciu mil, czyli okolo stu piecdziesieciu kilometrow. Wyjazd na
zakupy to calodniowe przedsiewziecie podejmowane przez cala rodzine, albo
przynajmniej mame z dziecmi. Jedzie sie z reguly do Pocatello (dystans -
bagatela - sto dziesiec mil), gdzie znajduje sie ogromne centrum handlowe.
Wydaje sie kilkaset, a czasem kilka tysiecy dolarow, bo trzeba kupic
ciuchy, buty i parafenalia na nastepne pol roku.
Czasem, przejezdzajac glowna ulica, czyli droga nr. 93 , mozna sie natknac
na stado bydla, przepedzane akurat z jednego zakatka doliny w drugi. Setki
krow, bykow i cielat powoli przechodza przez jezdnie, poganiane przez kilku
mezczyzn na koniach. W takich momentach nie ma rady: zatrzymuje sie
samochod i czeka kilka minut, az stado przejdzie.
Mackay ma zadziwiajacy klimat. Charakteryzuje sie on niezwykle niska
wilgotnoscia powietrza i sporymi wahaniami temperatury w ciagu roku. Za
niska wilgotnosc odpowiedzialne sa gory, ktore skutecznie blokuja naplyw
wilgoci znad Pacyfiku. Za skoki temperatury - wysokosc, na ktorej
miasteczko lezy: 1750 metrow nad poziomem morza, czyli na wysokosci naszego
Kasprowego. Tuz przed Bozym Narodzeniem pewnego roku, gdy tam mieszkalam,
temperatura spadla do -60 stopni Farenheita, czyli jakies -54 stopnie
Celsjusza. Co ciekawe, niezbyt sie to czulo, gdyz powietrze bylo bardzo
suche. Latem zdarzaja sie dni, gdy slupek rteci podskakuje do czterdziestu
stopni w cieniu. Jest wtedy cieplo, ale z nikogo pot sie nie leje. Czego
sie zreszta spodziewac w klimacie, w ktorym deszcz pada dwa lub trzy razy w
roku?
Dla milosnikow gorskich wedrowek okolice Mackay oferuja dziewicze tereny.
Turystow jest tam bowiem bardzo malo, i dobrze. Z tym wiaze sie jednak
pewien problem: nie ma niczego na ksztalt gorskiej sluzby ratowniczej. Gdy
sama szlam w gory, musialam powiedziec dokladnie, gdzie ide i kiedy
spodziewam sie wrocic, a po powrocie zameldowac sie w jednym z barow.
Jezeli nie wrocilabym do wieczora, szeryf John zwolalby pare osob i
nastepnego ranka wyruszylby na poszukiwania tam, gdzie mialam sie wybrac.
Jezeli zmienilabym zdanie w trakcie wspinaczki i wybrala inna droge, duzo
czasu uplyneloby, zanim ktos mnie znalazl...
Od mojej ostatniej wizyty w Mackay uplynely cztery lata. Ostatnim razem,
schodzac kamienistym zboczem, stracilam rownowage i sturlalam sie w dol.
Na szczescie, do dolu dolinki nie bylo wiecej, niz dziesiec metrow.
Skrecilam noge w kostce, ale nic nie zlamalam. Do Mackay mialam jeszcze
cztery mile drogi, ale, na szczescie, z gorki. Gdy tylko bede mogla, znowu
sie wybiore. Tym razem z lepszymi butami i telefonem komorkowym, aby
szeryf John wiedzial, gdzie mnie szukac.
1 Feb. 1997
Kate Lobos
|