Tokio należy do największych aglomeracji na świecie. W granicach administracyjnych mieszka około
12 milionow ludzi, ale tak naprawdę miasto ciągnie się jeszcze poza granicami na wiele, wiele kilometrów, a ostrożne
statystyki wspominają o 35 milionach mieszkańców. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że taki moloch w ogóle
może istnieć. Jeśli spojrzeć na Tokio ze szczytu jednego z wieżowców w centrum, nie jesteśmy w stanie dostrzec nawet
zarysów odległych granic miasta. Po horyzont ciągnie się morze szarych lub brązowych dachów niewysokich
jedno-dwupiętrowych domków, gdzieniegdzie tylko wybijają się przypominające wieże betonowe bloki z potwornie
drogimi mieszkaniami, a tu i ówdzie nad tym wszystkim przebiegają wyniesione na estakadach wielopoziomowe drogi
szybkiego ruchu.
Jest zdecydowanie brzydko w tej skali. Widoczny brak ręki architekta przestrzeni, tandeta budowlana,
niedostatek miejsca i przytłaczający ogrom miasta robią swoje. Poprawia się trochę, gdy schodzimy na poziom ulic. W
centrum (a wlasciwie w jednym z nich gdyż w Tokio jest kilka centrów) uderza olbrzymia liczba kolorowych neonów i za
każdym razem kiedy tam jestem zastanawiam się jak olbrzymia ilość energii jest w ten sposób marnowana i przypominam
sobie rachunek za prąd za miesiąc zimowy, w którym odważyłem się zostawiać w nocy włączony grzejnik elektryczny.
Trzeba jednak przyznać, że po zachodzie slońca neony owe wygladają imponująco i Tokio o tej porze bije na głowe
wszelkie wielkie amerykańskie i europejskie miasta i wygląda jak prawdziwa stolica. Ciężko sobie wyobrazić jak ogromny
postęp dokonał się tutaj w ciągu minionych kilkudziesięciu lat. W czasie wojny, po amerykańskich nalotach miasto
spłonęło doszczętnie i zostało odbudowane od zera zupelnie jak Warszawa, a pierwsza bita droga (tzn. nie piaskowa ani
żwirowa) pojawiła się dopiero bodajże w 1957 roku !
Życie w Tokio skupia się wokół dużych stacji kolejowych. W ich
okolicach Japończycy spędzają wolny czas po pracy, kiedy zamiast wracać do domu, jak to się dzieje w cywilizowanych
krajach, przesiadują w restauracjach. Popyt jest ogromny, więc najróżniejszych restauracji jest mnóstwo, a zajmują one nie
tylko większość parterowych lokalizacji, ale często urządzane są na piętrach i zdarza się, że caly budynek, powiedzmy 7-8
pięter, jest im poświęcony.
Gdy przenosimy się w okolice mieszkalne, miejsce wielopiętrowych betonowych budynków
biurowo-restauracyjnych zajmują jednorodzinne domki, i trochę rzedną tłumy ludzi obecne w centrum. Uliczki robią się
wąziutkie tak bardzo, że często niemożliwe jest minięcie się dwóch samochodów. Po obu stronach wzdłuż takiej uliczki
biegną mury mikroskopijnych posesji, a między murami odbywa się wspólny ruch samochodowy, rowerowy i pieszy. Nie
ma chodnikow, słupy telefoniczne i elektryczne wychodzą wprost z asfaltu, a nad głowami rozpięta jest pajęczyna kabli. Za
swoimi murami Japończycy pielęgnują mikroskopijne śliczne ogródki - własny ciężko zapracowany kawałek ziemi, na
które często składa się jedynie kałuża z wodą, krzew i drzewko podobne do cyprysa. Same domy też są malutkie, ot w
sumie 70 metrów kwadratowych i to na dwóch piętrach, budowane w ten sposób , że wystarczy kopnąć by go wywrócić, a
kosztujące tyle co rezydencja w Beverly Hills.
Charakterystyczny dla miasta jest prawie jednakowy wygląd, niezależnie czy
znajdziemy się pięć minut drogi od centrum finansowego, czy na przedmieściach i w przeciwieństwie do miast
amerykańskich czy europejskich nie ma podziałów na lepsze-gorsze, murzyńskie-nie murzyńskie, czy
bezpieczne-niebezpieczne dzielnice. Wszędzie mieszkają tacy sami Japończycy, wiodący ten sam styl życia, rano tłoczący
się do pociągów, a wieczorami wypelniający puby przy piwie i sashimi, tak samo senni rano, a halaśliwi wieczorem.
Japonia jest w ogóle bardzo bezpiecznym krajem i nie zdarzają się tu kradzieże czy pobicia. Można spokojnie spacerować
nocą z tysiącami dolarów w kieszeni po ulicach bez obawy o utratę czegokolwiek, a zgubiony portfel zawsze wraca do
wlasciciela w nie naruszonym stanie.
W Tokio króluja dwa środki lokomocji: pociąg i rower. Samochody są niepraktyczne
ze wzgledu na dużą ich liczbę, ciągłe korki i brak miejsc do parkowania, dlatego większość ludzi korzysta z doskonale
dzialającej sieci naziemnych i podziemnych pociągow. Pociągi, nawet na dalekobieżnych trasach przypominają wagony
zwykłego metra, albo polskie podmiejskie, w srodku są zaś obwieszone reklamami, które nie pozwalają zapomnieć twarzy
popularnych wykonawców japońskiej muzyki pop reklamujących czy to nowy typ samochodu, czy specjalną noworoczną
zniżkę na telefon komórkowy. Pod oknami zaś rząd młodszych i starszych zwykle albo czyta, albo drzemie, często na
ramieniu sąsiada, w oczekiwaniu na docelową stacje.
Rower służy do przejazdu z domu na stację i z powrotem i wierzcie
mi, nie ma nic bardziej irytującego niż rowerzyści. Z braku wydzielonych ścieżek wszyscy pedałuja po chodnikach (przy
większych ulicach są wąskie chodniki) i gdy wychodzę zza rogu nigdy nie jestem pewien czy nie wpadnie na mnie jakiś
rozpędzony cyklista. Kiedy zaś idę sobie zwyczajnie prosto, co paręnaście sekund jestem przeganiany na bok przez
dzyndzanie rowerowego dzwonka.
Nie wspominałem dotąd o poważnym problemie na jaki napotykają cudzoziemcy
przyjeżdżający do Japonii. Chodzi o wszechobecne chińskie znaki, które są nie tylko zmorą dla uczących się japońskiego
języka (takich jak ja), ale także stanowią niepokonywalną przeszkodę dla każdego, kto próbuje samemu poruszać się po
mieście. Po przyjeździe czułem się jak wtórny analfabeta i było to naprawdę przykre uczucie. Problem ten potęguje się
jeszcze, gdyż Japończycy są zadziwiająco odporni na naukę obcych językow i mimo długich, kilkunastoletnich studiów
języka angielskiego, odpowiedź na nawet najprostsze pytanie przekracza ich możliwosci.
Pozostaje liczyć albo na
znajomego, który zna japoński, albo pytać przyjezdnych (bo angielski jest tu obowiązkowym językiem wśród
nie-Japończykow), albo mieć na tyle szczęścia, aby natknąć się na tubylca, który przebywał jakiś czas w USA lub Australii,
albo ... iść na przebój. Każdy tu wie, że cudzoziemcy są dziwni i wiele rzeczy uszło mi już na sucho tylko dlatego, że mam
niebieskie oczy i duży nos :) Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Japończycy twierdzą, że biali mają duże nosy, a nie
zauważają swoich skośnych oczu ...
10-02-1997
Tomasz Kowalczyk
|