INNE POCZTOWKI
TOMASZ
KOWALCZYK



POCZTOWKA Z   TOKYO
Tokio nalezy do najwiekszych aglomeracji na swiecie. W granicach administracyjnych mieszka okolo 12 milionow ludzi, ale tak naprawde miasto ciagnie sie jeszcze poza granicami na wiele, wiele kilometrow, a ostrozne statystyki wspominaja o 35 milionach mieszkancow. Nigdy wczesniej nie zdawalem sobie sprawy, ze taki moloch w ogole moze istniec. Jesli spojrzec na Tokio ze szczytu jednego z wiezowcow w centrum, nie jestesmy w stanie dostrzec nawet zarysow odleglych granic miasta. Po horyzont ciagnie sie morze szarych lub brazowych dachow niewysokich jedno-dwupietrowych domkow, gdzieniegdzie tylko wybijaja sie przypominajace wieze betonowe bloki z potwornie drogimi mieszkaniami, a tu i owdzie nad tym wszystkim przebiegaja wyniesione na estakadach wielopoziomowe drogi szybkiego ruchu.

Jest zdecydowanie brzydko w tej skali. Widoczny brak reki architekta przestrzeni, tandeta budowlana, niedostatek miejsca i przytlaczajacy ogrom miasta robia swoje. Poprawia sie troche, gdy schodzimy na poziom ulic. W centrum (a wlasciwie w jednym z nich gdyz w Tokio jest kilka centrow) uderza olbrzymia liczba kolorowych neonow i za kazdym razem kiedy tam jestem zastanawiam sie jak olbrzymia ilosc energii jest w ten sposob marnowana i przypominam sobie rachunek za prad za miesiac zimowy, w ktorym odwazylem sie zostawiac w nocy wlaczony grzejnik elektryczny. Trzeba jednak przyznac, ze po zachodzie slonca neony owe wygladaja imponujaco i Tokio o tej porze bije na glowe wszelkie wielkie amerykanskie i europejskie miasta i wyglada jak prawdziwa stolica. Ciezko sobie wyobrazic jak ogromny postep dokonal sie tutaj w ciagu minionych kilkudziesieciu lat. W czasie wojny, po amerykanskich nalotach miasto splonelo doszczetnie i zostalo odbudowane od zera zupelnie jak Warszawa, a pierwsza bita droga (tzn. nie piaskowa ani zwirowa) pojawila sie dopiero bodajze w 1957 roku !

Zycie w Tokio skupia sie wokol duzych stacji kolejowych. W ich okolicach Japonczycy spedzaja wolny czas po pracy, kiedy zamiast wracac do domu, jak to sie dzieje w cywilizowanych krajach, przesiaduja w restauracjach. Popyt jest ogromny, wiec najrozniejszych restauracji jest mnostwo, a zajmuja one nie tylko wiekszosc parterowych lokalizacji, ale czesto urzadzane sa na pietrach i zdarza sie, ze caly budynek, powiedzmy 7-8 pieter, jest im poswiecony.

Gdy przenosimy sie w okolice mieszkalne, miejsce wielopietrowych betonowych budynkow biurowo-restauracyjnych zajmuja jednorodzinne domki, i troche rzedna tlumy ludzi obecne w centrum. Uliczki robia sie waziutkie tak bardzo, ze czesto niemozliwe jest miniecie sie dwoch samochodow. Po obu stronach wzdluz takiej uliczki biegna mury mikroskopijnych posesji, a miedzy murami odbywa sie wspolny ruch samochodowy, rowerowy i pieszy. Nie ma chodnikow, slupy telefoniczne i elektryczne wychodza wprost z asfaltu, a nad glowami rozpieta jest pajeczyna kabli. Za swoimi murami Japonczycy pielegnuja mikroskopijne sliczne ogrodki - wlasny ciezko zapracowany kawalek ziemi, na ktore czesto sklada sie jedynie kaluza z woda, krzew i drzewko podobne do cyprysa. Same domy tez sa malutkie, ot w sumie 70 metrow kwadratowych i to na dwoch pietrach, budowane w ten sposob , ze wystarczy kopnac by go wywrocic, a kosztujace tyle co rezydencja w Beverly Hills.

Charakterystyczny dla miasta jest prawie jednakowy wyglad, niezaleznie czy znajdziemy sie piec minut drogi od centrum finansowego, czy na przedmiesciach i w przeciwienstwie do miast amerykanskich czy europejskich nie ma podzialow na lepsze-gorsze, murzynskie-nie murzynskie, czy bezpieczne-niebezpieczne dzielnice. Wszedzie mieszkaja tacy sami Japonczycy, wiodacy ten sam styl zycia, rano tloczacy sie do pociagow, a wieczorami wypelniajacy puby przy piwie i sashimi, tak samo senni rano, a halasliwi wieczorem.

Japonia jest w ogole bardzo bezpiecznym krajem i nie zdarzaja sie tu kradzieze czy pobicia. Mozna spokojnie spacerowac noca z tysiacami dolarow w kieszeni po ulicach bez obawy o utrate czegokolwiek, a zgubiony portfel zawsze wraca do wlasciciela w nie naruszonym stanie.

W Tokio kroluja dwa srodki lokomocji: pociag i rower. Samochody sa niepraktyczne ze wzgledu na duza ich liczbe, ciagle korki i brak miejsc do parkowania, dlatego wiekszosc ludzi korzysta z doskonale dzialajacej sieci naziemnych i podziemnych pociagow. Pociagi, nawet na dalekobieznych trasach przypominaja wagony zwyklego metra, albo polskie podmiejskie, w srodku sa zas obwieszone reklamami, ktore nie pozwalaja zapomniec twarzy popularnych wykonawcow japonskiej muzyki pop reklamujacych czy to nowy typ samochodu, czy specjalna noworoczna znizke na telefon komorkowy. Pod oknami zas rzad mlodszych i starszych zwykle albo czyta, albo drzemie, czesto na ramieniu sasiada, w oczekiwaniu na docelowa stacje.

Rower sluzy do przejazdu z domu na stacje i z powrotem i wierzcie mi, nie ma nic bardziej irytujacego niz rowerzysci. Z braku wydzielonych sciezek wszyscy pedaluja po chodnikach (przy wiekszych ulicach sa waskie chodniki) i gdy wychodze zza rogu nigdy nie jestem pewien czy nie wpadnie na mnie jakis rozpedzony cyklista. Kiedy zas ide sobie zwyczajnie prosto, co parenascie sekund jestem przeganiany na bok przez dzyndzanie rowerowego dzwonka.

Nie wspominalem dotad o powaznym problemie na jaki napotykaja cudzoziemcy przyjezdzajacy do Japonii. Chodzi o wszechobecne chinskie znaki, ktore sa nie tylko zmora dla uczacych sie japonskiego jezyka (takich jak ja), ale takze stanowia niepokonywalna przeszkode dla kazdego, kto probuje samemu poruszac sie po miescie. Po przyjezdzie czulem sie jak wtorny analfabeta i bylo to naprawde przykre uczucie. Problem ten poteguje sie jeszcze, gdyz Japonczycy sa zadziwiajaco odporni na nauke obcych jezykow i mimo dlugich, kilkunastoletnich studiow jezyka angielskiego, odpowiedz na nawet najprostsze pytanie przekracza ich mozliwosci.

Pozostaje liczyc albo na znajomego, ktory zna japonski, albo pytac przyjezdnych (bo angielski jest tu obowiazkowym jezykiem wsrod nie-Japonczykow), albo miec na tyle szczescia, aby natknac sie na tubylca, ktory przebywal jakis czas w USA lub Australii, albo ... isc na przeboj. Kazdy tu wie, ze cudzoziemcy sa dziwni i wiele rzeczy uszlo mi juz na sucho tylko dlatego, ze mam niebieskie oczy i duzy nos :) Nigdy nie moglem zrozumiec, dlaczego Japonczycy twierdza, ze biali maja duze nosy, a nie zauwazaja swoich skosnych oczu ...
10-02-1997

Tomasz Kowalczyk